Loading…

W stronę dziewcząt

1879

W krakowskim salonie

W stronę dziewcząt

1904

Dziewczynki z rodzin ziemiańskich

W stronę dziewcząt

1906

Maturzystki z Radomia

W stronę dziewcząt

1914

Gimnastyka na plaży

W stronę dziewcząt

1920

Ochotnicza Legia Kobiet

W stronę dziewcząt

1924

Uczennice na dachu gimnazjum przy Pl. Trzech Krzyży w Warszawie

W stronę dziewcząt

1931

Początek roku szkolnego w Warszawie

W stronę dziewcząt

1932

Zawodowy kurs hafciarstwa w Augustowie

W stronę dziewcząt

1935

Łuczniczki w czasie treningu

W stronę dziewcząt

1944

Powstanie Warszawskie

W stronę dziewcząt

1952

Dziewczyny odbudowują Warszawę

W stronę dziewcząt

1959

W czasie żniw

W stronę dziewcząt

1979

Studentki UW przed egzaminem

W stronę dziewcząt

2005

Na targu w Sanoku

W stronę dziewcząt

2007

Warsztaty rozwijające kreatywność

W stronę dziewcząt

2010

Mistrzynie deskorolki
  • 0
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
  • 11
  • 12
  • 13
  • 14
  • 15

Kup

Weź udział w projekcie

Jak dorosnę będę swoim własnym szefem, czyli jak być przedsiębiorczym nastolatkiem

 

Przeczytaj

Kanapka i spódnica.Poszukiwane metafory nie tylko dla kobiecego macierzyństwa. Bycie matką jako świadomie wypracowany paradoks (pod prąd instynktom i stereotypom).

Monika Musiatowicz

Nie uważam, żeby bóle porodowe były jakąś korzyścią. To biologiczna niesprawiedliwość. Wszystko mogłoby być zupełnie inaczej. A wszyscy przyjmują to tak, jakby to była jedyna możliwość. Ja już jako dziecko miałam skłonność do biologicznej anarchii. Nigdy nie chciałam prowadzić kobiecego życia, ale kiedy już pojawiły się dzieci, byłam szczęśliwa.(Ilse Aichinger)


Nie jest prawdą, że każda kobieta powinna/musi mieć dzieci.

Nie wydaje mi się także oczywistym twierdzenie, że żeby zrozumieć macierzyństwo, trzeba przeżyć samemu to doświadczenie.

Z moich doświadczeń wynika, że obiegowa opinia, że kobieta, która nie urodziła, nie zrozumie do końca tej, która tego dokonała, powoduje, że bariery porozumienia między kobietami narastają, bez powodu; bo o wartości człowieka nie stanowi jego biologiczna ;wydajność; czy instynktowna samoobrona na rzecz utrzymania gatunku. Człowiek żyje w świadomej relacji z innymi, podejmuje mniej lub bardziej przemyślane wybory, ponosi ich konsekwencje. Jest odpowiedzialny za życie tych, których powołuje do życia, jak i tych, z którymi je dzieli. Dlatego wiele zależy od wrażliwości, empatii, i od chęci zrozumienia drugiej osoby i jej doświadczeń; a także chęci/potrzeby podzielenia się nimi.


Zatem płeć też traci w tym wypadku na znaczeniu.


Spotkałam mężczyzn, którzy byli dumni ze swojego macierzyństwa (ojcierzyństwa?), i radzili sobie z opieką i wychowaniem lepiej, niż ich partnerki. Poznałam też kobiety, które świadomie nie zgodziły się na akt otwarcia, jakim jest poród; a potem zaś na dobrowolne poświęcenie swej energii i uwagi na wychowanie dzieci.

W., jedna z nich podzieliła się kiedyś ze mą swoim doświadczeniem i emocjami – choć wiem, że to nie było dla niej wcale łatwe. Poznawszy moje plany, co do nie posiadania progenitury, opowiedziała mi swoich powodach podjęcia takiej decyzji sprzed lat dwudziestu; i nie było w tej historii żalu, ale samoświadomość i konsekwencja; była potrzeba dochowania wierności sobie i własnym przekonaniom – i raczej egzystencjalny smutek, wynikający z trudu, jaki jest wpisany w ten rodzaj szczerości wobec siebie samej. Decyzja – jak mi powiedziała - sama w sobie jest o połowę łatwiejsza, niż ponoszenie konsekwencji wyboru – „nie jest łatwo patrzeć, jak dzieci bliskich ci kobiet i koleżanek dorastają, a ty jesteś sama”. Ale ponieważ role bywają zamienne, można spełniać się na inne sposoby. Ona sama - stała się matką dla swojej matki, kiedy ta zachorowała – i to odwrócenie relacji było dla obu szczęśliwym, choć niełatwym polem porozumienia i możliwością przeżycia czegoś wyjątkowego. Można mieć też dzieci „zastępcze”; można kochać zwierzęta bardziej niż ludzi. Czytać, podróżować czy pisać z równą pasją, jak opiekować się własnymi lub „przybranymi” dziećmi.


Kiedy wysłuchałam historii W., postanowiłam swoja świadomą decyzję o własnej niepodzielności przemyśleć raz jeszcze. Wydawało mi się, że potrafię być silna, tak jak ona i że ja też pragnę takiej niezależności, wolności i potrafię żyć tak, żeby to twórczo wykorzystać.


Potem moje losy i myśli potoczyły się w nieco innym kierunku. Kiedy wolna, silna i niezależna wyjechałam w wymarzona podróż do Włoch, w Asyżu – zaskoczyłam sama siebie (jako osoba nie wierząca w Boga; albo wierząca w Boginię lub magię bóstwa czuwającego, opiekuńczego itp.) postanowiłam poprosić o malutką, zdrową, mądrą córkę – obiecując w zamian, że to moja ostateczna „świadoma decyzja”, że tego naprawdę chcę i zdania nie zmienię. Niczym „święta Franciszka” pozbyłam się mentalnie moich najdroższych wartości, na rzecz marzenia o cudownym zniewoleniu, „słodkim ciężarku”, jak pieszczotliwie o swoich „pociechach” mawiają niektóre mamy.

I tak, za jakieś kilka miesięcy, dzięki aktowi kreacji i siły woli dwojga przyszłych rodziców (oraz drobnym pomniejszym „aktom wspomagającym”) powstała Ona. Od tego momentu nie wiedziałam już, nie byłam pewna – ile jest mnie – we mnie; czy jestem nadal pojedyncza, czy raczej zwielokrotniona; czy my – to ja i Ona; czy też ja – to odtąd Ona i ja – odtąd- to zawsze; czy tylko na razie, na chwilę – i do kiedy? Kiedy opuści dom mojego ciała; czy zabierze coś z niego dla siebie/ze sobą, czy po prostu przeczeka, żeby ujawnić siebie odrębną zewnętrznemu światu. Musiałam jedna poczekać kolejnych kilka miesięcy, by się o tym wszystkim przekonać, „na własnej skórze”.

To był początek naszej osobności. I nigdy się nie dowiem, jak było naprawdę: czy nie chciałam się podzielić nią ze światem, pozwolić na od-dzielenie; czy też z jednej strony chciałam tę córkę, żeby była po prostu, a nie wyraziłam zgody na sam „akt otwarcia”, uczestniczenia w odwiecznym, powtarzalnym akcie stwarzania.

W każdym razie – ciało stało się kamieniem – nie drgnęło – żadnych skurczy, żadnego rozwarcia.


Ale udało się nam – i dziś po prawie pięciu latach – to dla nas niemal opowieść o mitycznym początku, który – na Jej prośbę – opowiadam wiele razy, od-nowa. Jak to było, jak była w brzuszku, co jej mówiłam, co śpiewałam, jak przestała na chwilę płakać, gdy mi jej główkę dotknięto do mojej głowy (jeszcze podczas całej „operacji”), jak przyjechała pierwszy raz do domu – tak, jakby „wiedziała”, że jest u siebie.

A ja?


Słucham uważnie opowieści innych mam o tym, jak wracają „wreszcie do siebie”, kiedy ich dzieci dorastają (dla każdej to inny moment); analizuję swoje drogi powrotów oraz opowieści zbeletryzowane o odzyskiwaniu „skóry duszy”. Wnikam w prozę, poezję, czasem sztukę, pochłaniając motywy i „gęby” matki. Pytana o definicję – odpowiadam, że trzeba wyrobić sobie własną odporność na zwielokrotnione poczucie przeżywania szczęścia, ale i lęku, strachu – „co by to było, gdyby…”.

Nie zawszę potrafię to wytrzymać; nie jest tak, że „to samo przychodzi”. Tak, jak nie ma instynktu macierzyńskiego – nie dam sobie tego wmówić – sprawdziłam, więc wiem „na pewno”. Wiem też, że istnieją rozdzielnie – indywidualne doświadczanie bycia matką, od instytucji macierzyństwa, z którą wiąże się „niewidzialna przemoc”, wobec tych, które należy wspierać, a nie zamykać – bo każda izolacja (nawet w luksusowych warunkach własnego domu) może być ewentualnym skazaniem na różne odmiany szaleństwa. I bynajmniej nie jest to metafora kobiecej odmiany „ucieczki od rzeczywistości czy „szarej codzienności” . Przeżywam jedno i drugie; uczę się oddzielać i ocalać, to co ważne, moje, „dla nas”; od tego narzuconego, nieprzystawalnego, obcego, pozornie „naturalnego”, oszukującego; staram się „nie zwariować” . Nie chcę się czuć winna, że coś robię, albo że czegoś nie robię. Nauczyłam się słuchać „dobrych rad”- dokładnie obserwuję tego, kto ich udziela, w jakiej sytuacji, jaki ma cel owe „poradnictwo”. Szukam swoich rozwiązań, obserwuję bacznie zastosowanie, efekty. Wściekam się o pytania o płeć, kiedy wybieram ubrania czy zabawki; o szablony i stereotypy przynoszone z przedszkola; opowiadam o alternatywach, o zamianach, o rolach, wyborach – świadomych i zgodnych z własnym ja. Od początku. Pytam o zdanie, co zje, co chce ubrać, co myśli.

To moja Partnerka Życiowa – na całe życie, bez względu na względy, na wszystko. Nigdy nie myślę „to dziecko - ono nie wie”, „za mała”, „nie zrozumie”. Tak będzie zawsze – do końca będzie ze mną, w mojej głowie; teraz jest obok, blisko; ale kiedy zbuduje własny dom i odrębne życie – nadal będę ciągle myśleć, tak samo intensywnie. Co myśli, co robi, czy jest szczęśliwa, czy smutna, czy siebie akceptuje, kocha, rozumie – siebie, świat, innych. Czy nam się udało? Pomimo? Czy zrozumie dlaczego? Czy będzie wracać do przeszłości, żeby się „przytulić” i wzmocnić, czy będzie chciała zapomnieć, odciąć się, być daleko. Czy ja wtedy będę pamiętała, jakie to uczucie, kiedy całuje moją wystającą spod kołdry stopę (myśląc, że śpię), i mówiąc: „kocham cię najbardziej ze wszystkich na świecie”; albo kiedy się poddaję – np. nie potrafię zapiąć zamka, bo stawia opór – odpowiada mi „dasz radę, umiesz, umiesz, wszystko umiesz”.

Czy będzie chciała dzielić się z partnerem/partnerką swoim macierzyństwem (jeżeli tę drogę w ogóle wybierze)? Czy będzie pamiętać, że to jedna z ról; że bywa tak, że jest się mamą-mamą, mamą-tatą, czy tatą-mamą (mężczyźni to potrafią, kiedy pozostawi im się przestrzeń), a także dzieckiem-mamą lub mamą-dzieckiem? To taka prawdziwa gra; przepływanie i nakładanie się ról, trzeba tylko pojąć tę harmonię, budować wewnętrzny spokój i słuchać uważnie siebie: czy jestem gotowa, czy wyrażam na to zgodę?


W jednym momencie zrozumiałam, że życie jest migawką, a to co ważne umyka, zanim zdążymy cokolwiek (zrozumieć, nacieszyć się, odrzucić, i znów zaakceptować, itd.). Wspólne przeżywanie, czytanie – książek, siebie, świata – pozwala ocalać te momenty, albo w ogóle je zauważać i doceniać, że nam się w ogóle zechciały przydarzyć. Pamiętam scenę sprzed roku, kiedy bawiłyśmy się na łóżku w ściąganie i zakładanie koszuli. „Jak będziesz już mała, taka jak ja, to też będę cię kiedyś tak ubierać” – usłyszałam; i zdrętwiałam, bo oczyma wyobraźni ujrzałam te chwilę – kiedy zamieniamy się rolami, bo ja już nie potrafię sama się ubrać, a córka robi to cierpliwie i z czułością, mówiąc ciepłym spokojnym głosem. Poczułam, że pomiędzy tymi momentami rozpięte było moje życie, a ja nie zauważyłam, kiedy minęło, nic nie pamiętam, że to za szybko. Podobne uczucia: nadziei, bliskości, czułości, i miłości, które „zabierają żal” za tym, co minione, czego nie da się zmienić czy naprawić, ale mimo to jest radość ze wspólnoty i porozumienia, które się stwarza – wywołało u mnie niesamowite zdjęcie Veroniqe Vial (z albumu „Kobiety przed 10 rano”). Przedstawia ono ów magiczny moment pomiędzy matką a córką, kiedy role ulegają przesunięciu, ale nie ma tam sztuczności, ani dystansu. W łazience, na toalecie siedzi Virginia, mama aktorki Demii Moore, której widzimy na pierwszym planie tylko nogi. Ramiona i niewyraźna twarz starej pięknej kobiety odbija się w lustrze; skupiona i rozumiejąca (akceptująca) twarz córki-Demii , której głowa jest na wysokości kolan matki, a dłonie są wychylone w geście ilustrującym rozmowę czy po prostu ukazującym na dłoni balsam, którym za moment zostanie posmarowane ciało matki (albo jedno i drugie – jednocześnie, tego nie wiemy, jako podglądacze tej intymnej sceny ) – to niesamowite misterium wzajemności uczucia dwóch dorosłych kobiet, którym przyszło odegrać inne role, według nowego scenariusza.


Macierzyństwo jest miłosną bliskością, która świadomie godzi się na odchodzenie jednej z osób coraz dalej. Przy czym ta druga tkwi intensywnie w swoim natężeniu uczuć, czując jednocześnie radość samodzielności tej pierwszej, ale i przeżywając na tysiąc sposobów swe bóle, lęki i utraty – ale tak, by pokazać tylko uśmiech, dać wsparcie (na drogę) i być autentyczną w emocjach. To tak irracjonalne, absurdalne, że prawie niewykonalne.


Ja – jako ja, i ja-jako inna ja – czyli ona, matka – rozgrywamy siebie wciąż na nowo; z naszymi córkami, z sobą jako córką (i matką), z ojcem, z synem, itd. To ciągłe „rozgrywanie światów” (jak pisał J. Jarzębski o prozie Gombrowicza), to trafna metafora, o której czasem zapominamy, gdy np. oglądamy twarze i oceniamy „gęby” nasze i naszych bliskich z dystansu – podyktowanego upływem czasu, odległością, buntem dojrzewania czy innymi ważnymi momentami i czynnikami „zewnętrznymi”.

Poza tym warto pamiętać głośny i wieloznaczny „Śmiech Meduzy”, który oprócz wielu przesłań, niesie także i to, że „m a t k a to też metafora”.

To również figura, do której przypinamy mnóstwo stereotypów, by coś zrozumieć, czegoś się chwycić, przeciwko czemuś zbuntować, od kogoś się oddzielić. Czasami trzymamy się tych stereotypów jak dzieci spódnicy mamy, bo tak nam łatwiej. Tymczasem macierzyństwo jest jak kanapka, bardziej smakuje, kiedy możemy się podzielić; radościami i obowiązkami. „Nawet, jeśli miałyście najwspanialszą matkę na świecie, to możecie mieć więcej niż jedną” – jak uczy nas Biegnąca Wilczyca.


Nie żałujmy wsparcia, opieki ani miłości własnym dzieciom.

A zatem z humorem i pod prąd stereotypom i instynktom; skoro nikt nie rodzi się matką: wcielaj odważnie równouprawnienie w życie – pożycz już dzisiaj partnerowi (partnerce) spódnicę!


Do czego warto zajrzeć:


A.Rich, Zrodzone z kobiety. Macierzyństwo jako doświadczenie i instytucja, tł.J. Mizielińska, Wyd. Sic!, W-wa 2000.

B.Budrowska, Macierzyństwo jako punkt zwrotny w życiu kobiety, Wyd. Funna, Wrocław 2000 (seria: Monografie FNP)

B. Bartosz, Doświadczanie macierzyństwa: analiza narracji autobiograicznych, Wyd. Uniw. Wrocławskiego 2002

L. Irigaray, Ciało w ciało z matką, tł. A. Araszkiewicz, Wyd. eFka, Kraków 2000

A. Nasiłowska, Domino. Traktat o narodzinach, Wyd. Open, W-wa 1995; Czteroletnia filozofka, Wyd. Literackie, Kraków 2004

M. Gretkowska, Polka, np. WAB 2007

„Matriarchat-Patriarchat, subkultura ojca, subkultura matki”, ALBO albo.Problemy psychologi i kultury, Wyd. Eneteia, W-wa , nr 1/2003







kredyt
Top